Z okazji Świąt Bożego Narodzenia…

Bóg jest tak wielki, że może stać się mały. Bóg jest tak potężny, że może stać się bezbronny i przyjść do nas jako bezbronne Dziecię, abyśmy mogli Go pokochać. Bóg jest tak dobry, że rezygnuje ze Swej boskiej chwały i rodzi się w stajence, abyśmy mogli Go odnaleźć, i aby Jego dobroć mogła nas dotknąć i z naszą pomocą stać się udziałem również innych.  Bezbronne Dziecię przychodzi do każdego człowieka i czeka czy go wpuści do swojego życia. Niech  czas Bożego Narodzenia będzie dla nas wszystkich okazją do spotkania Boga i doświadczenia Jego nieprzemijających darów.

Ograniczenia związane ze stanem epidemii dotknęły większość sfer naszego życia, ale  przeszkody zewnętrzne nie są w stanie przysłonić najważniejszych treści, które przeżywamy obchodząc Uroczystość Narodzenia Pańskiego. Święta przypominają nam prawdę o obecności Boga między nami. On jest zawsze tam, „gdzie jest miłość i dobroć”.

Niech Boża miłość będzie stale obecna w Waszych rodzinach, miejscach zamieszkania, podczas nauki, pracy i wypoczynku.

W tym świątecznym, ale i trudnym czasie, kiedy wielu naszych bliskich zmaga się z krzyżem choroby, zwracamy się z wdzięcznością do lekarzy, pielęgniarek, pielęgniarzy, ratowników, służb mundurowych, służb sanitarnych i wolontariuszy, życzymy wszystkim zaangażowanym w niesienie pomocy chorym – zdrowia, wytrwałości, wielu sił oraz satysfakcji z codziennej pracy i służby.

Pamiętamy o tych, którzy strzegą naszych granic, a także o ich rodzinach…

W szczególny sposób zwracamy się do chorych, cierpiących, niepełnosprawnych, samotnych – tych, którzy świąteczne dni spędzą w szpitalu, hospicjum  jak i własnych domach. Oby nigdy nie zabrakło obok Was chętnych do pomocy ludzi. Gdyby nawet nie było nikogo, zawsze pamiętajcie o bliskości Nowonarodzonego Zbawiciela.

Wspominając narodziny Jezusa Chrystusa w ubóstwie betlejemskiej stajenki myślimy także o tych, którzy znajdują się w trudnej sytuacji materialnej, rodzinnej, o tych, którym brakuje chleba powszedniego, ludzkiej dobroci, zgody, a nade wszystko miłości. 

Za przykładem ogłoszonego w tym roku błogosławionym -  Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który „wszystko postawił na Maryję”, zwracamy się z ufnością do Matki Bożej. Niech Was wszystkich wspiera Najświętsza Maryja Panna, pokorna Dziewica z Nazaretu, która rodząc Jezusa Chrystusa wprowadziła Go do rodziny ludzkiej wraz z darem miłości, pokoju i zbawienia.

                                                                                                                                    Z darem modlitwy

                                                                                                                             Duszpasterze parafii NSJ                                                                                                                

 

 

Adoracja Najświętszego Sakramentu…

„Gdyby ludzie poznali wartość Eucharystii, kierowanie ruchem przy wejściu do kościołów musiałoby stać się obowiązkiem służb publicznych” – twierdziła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Skoro nie doświadczamy takiego oblężenia, to widocznie wciąż jeszcze nie poznaliśmy.  „Kiedy się kogoś kocha, jest się z nim jak najdłużej razem. Jest nie do pojęcia żyć obok Eucharystii i nie być możliwie blisko niej z radością, szacunkiem, pełnym pasji zapałem i palącym pragnieniem” – głosił bł. Karol de Foucauld. Pierwszym owocem adoracji jest najpierw wzrost nadprzyrodzonej wiary. Aby adorować, trzeba czynić akty wiary. Nie czujemy Jego obecności, nie widzimy Go. Aby adorować biały, okrągły kawałek chleba, trzeba naprawdę oprzeć się na słowie Chrystusa, które jest prawdą i nie oszukuje nas mówiąc: To jest Ciało Moje.

Potem dzieją się cuda, słodkie owoce tych cichych spotkań. Matka Teresa wielokrotnie świadczyła o przedziwnej mocy adoracji: „Jeśli pragniecie mieć nowe powołania do waszych wspólnot – mówiła – to ustanówcie codzienną adorację. Od kiedy uczyniły to Misjonarki Miłości, ilość powołań podwoiła się”.

Mały chłopiec, ciągnąc za rękaw próbującą modlić się mamę, pytał: Mamusiu, a czy Jemu to nie jest zimno w tym złotym domku? A czy temu Panu Bogu, który tak kocha, że dał się za nas zabić, to nie jest smutno czekać na człowieka w pustych kościołach, w tylu tabernakulach świata? – moglibyśmy spytać. Jeśli jeszcze nigdy nie próbowałeś spotykać się z Panem Bogiem w adoracji, jeśli monstrancja i hostia kojarzą ci się tylko z procesjami Bożego Ciała, to ta propozycja jest dla ciebie.

Przyjdź, niekoniecznie od razu codziennie, niekoniecznie na godzinę, niekoniecznie z dobrym humorem. Adoracja nie jest przychodzeniem do Boga zarezerwowanym dla duchowych alpinistów. Nie wymaga kursu wspinaczkowego. Każdy, kto uznaje w Eucharystii Jezusa, da radę. Każdy może spróbować odetchnąć Jego obecnością.

Przyjdź taki, jakim jesteś. Jutro po pracy. Albo rano, zatrzymując się przed mijanym po drodze kościołem. Wejdź do środka. Uklęknij przed tabernakulum i patrząc we własne serce powiedz: On patrzy na mnie teraz…

I opowiedz Mu, własnymi słowami, o tym, co u ciebie. Że pokłóciłeś się z żoną, że brakło ci pieniędzy, aby zapłacić rachunki, że nie dajesz rady z terminami w pracy… Albo że szukasz pracy i wciąż jesteś bezrobotny, że dzieci cię złoszczą, nie masz dla nich cierpliwości, wypiłeś z kumplami kilka piw za dużo, obmawiałaś teściową, nie ugotowałaś obiadu, bo wolałaś obejrzeć serial, mąż denerwuje cię bardziej, niż kiedykolwiek…

Powiedz Mu to wszystko. Że ci źle, że życie jest ciężkie. On będzie patrzył na ciebie, nie zamknie oczu i uszu, nie poczuje się znudzony. On cię chce.

Adoracja Najświętszego Sakramentu…

Na czym to polega, skoro On milczy?

Kontemplować, to intuicyjnie skupiać się na rzeczywistości Bożej i radować się jej obecnością. Są tutaj zawsze dwa spojrzenia, które się spotykają: nasze spojrzenie na Boga i Boże spojrzenie na nas. Jeśli czasem nasze spojrzenie obniża się i słabnie, to jednak nigdy nie słabnie Boże spojrzenie.  Kontemplacja eucharystyczna sprowadza się niekiedy po prostu do towarzyszenia Jezusowi, do pozostawania w zasięgu Jego spojrzenia, dając także Jemu radość kontemplowania nas, bo chociaż stworzenia nic nie znaczące i grzeszne, to jednak jesteśmy owocem Jego męki, tymi, za których On oddał życie.  Jest w adoracji tajemnica spotkania z Bogiem. I dla każdego człowieka to spotkanie jest inne. W każdym sercu Bóg objawia się inaczej.

Zakochani siedzą na sofie, na podłodze w kącie pokoju, na ławce w parku i często nic nie robią, tylko patrzą w swoje oczy. Znamy zresztą takie powiedzenie: czy widziałeś, jak on na nią patrzy? I wiemy, że to znaczy, że pokochał.

Adoracja jest takim patrzeniem dwojga zakochanych. Jednego – do szaleństwa, aż po krzyż. I drugiego, który nawet jeśli jeszcze nie umie kochać, to przynajmniej pozwala na siebie patrzeć. Adoracja jest nie tylko wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ona jest też wystawieniem całego człowieka na spojrzenie Boga. Czy spojrzenie Kogoś, kto tak kocha, nie koi wszystkich bolączek? Nie leczy wszystkich zranień?

Pozwól Bogu cię zobaczyć

Hans Urs von Balthasar – jeden z największych teologów naszych czasów i zarazem człowiek kontemplacji – tłumaczył, że „sekret adoracji należy do Boga, a nie do nas”. Więc wierzymy, że coś daje, choć nie od razu widzimy co. Dlaczego?  Ci, co spróbowali się przełamać i zacząć praktykować adorację twierdzą, że przebywanie z Bogiem w ciszy, gdy myśli najpierw się kłębią, potem atakują rozproszenia, a po dłuższym czasie zupełnie nic się nie dzieje, zostawia w nas głęboki ślad. Przypomina opalanie w letni dzień – siadasz, wystawiasz się do słońca i nie od razu widzisz zmianę koloru skóry. Potem jednak okazuje się, że odsłonięty fragment opalizuje brązowym blaskiem, a miejsca ukryte pod ubraniem nadal mają blady kolor. W czasie adoracji zachodzi podobny proces. Nie widzisz w jaki sposób Bóg cię przemienia, gdy siedzisz skulony w ławce..  A jednak to robi…

 

Adoracja Najświętszego Sakramentu…

Adoracja jest nie tylko wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ona jest też wystawieniem całego człowieka na spojrzenie Boga. Czy spojrzenie Kogoś, kto tak kocha, nie koi wszystkich bolączek? Nie leczy wszystkich zranień?

Dla kogoś, kto nigdy nie wszedł do wody, nurkowanie pozostaje tajemnicą. Nigdy nie zrozumie radości, którą wywołuje spojrzenie w oczy podwodnym stworzeniom.  Dla kogoś, kto nigdy nie wyszedł na górki szlak, szczyt góry pozostanie tajemnicą. Nigdy nie poczuje „smaku” powietrza, które wypełnia płuca na dużej wysokości.  Dla kogoś, kto nigdy nie poszedł na adorację, spotkanie z żywym Bogiem pozostanie tajemnicą. Nigdy nie pozna pokoju, który wypełnia człowieka po zanurzeniu w niewidocznej Obecności. Adoracja to wymagająca modlitwa. Ale czy tylko dla duchowych alpinistów?

Dla kogoś, kto nie wierzy w Boga, adorowanie Jezusa w Najświętszym Sakramencie może wydawać się bez sensu. Cisza, bezruch, nic się nie dzieje. Ludzie z pochylonymi głowami, schowani, smutni, skuleni w sobie. Tkwią przed pozłoconą monstrancją z kawałkiem białego chleba w środku i nic nie mówią.  A jednak wiele osób praktykuje systematyczną adorację eucharystyczną. Wielu tak wybiera trasę przez miasto, aby wstąpić do kościoła, gdzie jest „wystawienie”.  Patrząc na nich z boku można pomyśleć, że tracą czas. Mogliby wrócić wcześniej do domu. Mogliby wyjść później do pracy. Mogliby przez kwadrans przeczytać kilka stron pobożnej lektury. A jednak wybierają spotkanie z ukrytym i niewidzialnym Bogiem w Eucharystii. Czy to coś daje?  Spotkania adoracyjne mogą nam się wydawać zupełnie bez sensu. Jednak dzwonimy do przyjaciół, czy mieszkających daleko od nas rodziców. Opowiadamy im o naszej pracy, problemach ze zdrowiem, o sukcesach, dzieciach, złym szefie i nowych meblach. Jeszcze niedawno wykupowaliśmy specjalne pakiety, aby taniej, więcej, dłużej mówić.

O czym opowiadamy Bogu? Czy w czasie jednej niedzielnej mszy, rozproszeni i czasem znudzeni, jesteśmy w stanie o czymś Mu powiedzieć? Omówić z Nim ważne sprawy?  Bóg nie ma telefonu, a Jego tęsknota za nami jest większa niż każdego z ludzkich przyjaciół. Czy adoracja – to krótkie zatrzymanie przed Nim, oczekującym – nie jest dobrym i przystępnym sposobem, aby Go naprawdę spotkać?

Z pewnością to bardzo ważny temat, i ważna praktyka naszego życia z Bogiem… Przez kilka najbliższych tygodni zatrzymamy się przy Adoracji Najświętszego Sakramentu..  Już nie długo Pan Jezus wystawiony w monstrancji, znowu będzie czekał w  naszej Bazylice na Ciebie…

 

Czy wypada modlić się na leżąco?

Zasadniczo postawa leżąca nie wydaje się najwłaściwszą postawą modlitewną. Chyba że mamy na myśli pełne czci (i nawet sporadycznie praktykowane w liturgii) leżenie krzyżem czy jakąś inną formę leżenia, które intencjonalnie i w pierwszym rzędzie wyrażałoby naszą cześć wobec Pana.

Zdecydowanie bardziej odpowiednie są postawy klęcząca i stojąca (ewentualnie siedząca). One bowiem ułatwiają nam słuchanie i uważność, a w naszej kulturze wyrażają cześć i szacunek. Kulturę zaś nie tylko okazujemy, ale także „nią” myślimy i odczuwamy – nawet (a może przede wszystkim) podświadomie.

Niemniej Pan Bóg wie, ile mamy siły i w jakim stanie fizycznym jesteśmy. Jeśli chorujemy, jesteśmy obolali czy dosłownie padamy z nóg, to On to zrozumie. Jest wszak nie tylko Panem Wielkiego Majestatu, ale także najlepiej nas znającym i rozumiejącym Ojcem. Nie ma też nic złego w tym, że położywszy się dla zażycia odpoczynku czy do snu, zamiast myśleć „o niebieskich migdałach”, skierujemy nasze myśli ku Niemu.

Natomiast niedobrze świadczyłoby w gruncie rzeczy o naszym szacunku wobec Stwórcy i tym, jak jest dla nas ważny, gdyby była to jedyna forma naszego z Nim kontaktu, w sytuacji, gdy realnie moglibyśmy znaleźć czas i siły na modlitwę w bardziej odpowiedniej formie.

A jak z modlitwą w drodze..?

Może być tak, że jesteśmy zapracowani, mamy jednego czy drugiego dnia przysłowiowe „urwanie głowy” i jedyny czas, który zdołamy poświęcić Panu Bogu w tych dramatycznych okolicznościach, będzie właśnie w drodze lub przy okazji jakichś innych czynności. Może się zdarzyć. Ale tylko jako wyjątek.

Nie zmienia to faktu, że jak telefony i wiadomości w relacjach międzyludzkich, tak modlitwa „w drodze” i „przy okazji” może być świetnym „dodatkiem” w naszych kontaktach z Bogiem. Standardem musi być jednak osobny czas, zarezerwowany i poświęcony tylko dla Niego. Przy czym warto pamiętać, że On naprawdę wie, ile my tego czasu mamy. I – w przeciwieństwie do ludzi – sądzi nas zawsze wedle naszych rzeczywistych możliwości, a nie według swoich oczekiwań.